Ostatni mohikanie

Dwutygodniowy pobyt u rodziców w przygranicznym miasteczku Włodawa. Robię w miarę możliwości to samo, co robią rodzice. Przeglądam obrusy, ręczniki, firany, pościel. Piorę, prasuję, odkurzam, porządkuję rodzinne zdjęcia, marynuję paprykę. Bawię się w dorosłe życie, w prowadzenie domu, jak mała dziewczynka. Jest w tej zabawie coś tajemniczego, z pogranicza mistyki. Myję się namiętnie nad zlewem, zaś głowę międlę w emaliowanej miednicy (nie ma łazienki, jedynie zlew i ubikacja na dworze) i czuję się coraz brudniejsza – jakiś fenomen. Sumując: zachowuję się inaczej niż dotychczas. Nie zamykam pokoju, nie piszę wierszydeł, nie plączę się po Włodawie bądź nad Bugiem, nawet nie modlę się, żadnych swoich widzi mi się. Walę się spać, wysmarowana kremami, nad ranem z powodu rozlicznych domowych prac i niestety w odróżnieniu od rodzicieli zalegam do Anioła Pańskiego albo nawet do Koronki do Miłosierdzia Bożego. Rodzice niezbyt się lubią i dają temu wyraz z dużą porcją emocji. Jeżdżę lawetą od jednego do drugiego. Nie zawsze trafiam pod dobry adres, czasami ponosi że aż strach. Ogólnie opłaca się. Zaskarbiam sympatię obydwojga. Za wyrzeczenie siebie, ideałów, oczekiwań, potrzeb. Udało się, warto było, przecież to ojciec i matka.

Po powrocie do Lublina w piwnicznej izbie wpadam w rozpacz: sadza, pajęczyna, zaduch. Przywożę torbiska pełne ścierek, zasłon, chust, ubrań wszelkiej nacji; takoż varia m.in. obfite biusty rodzinnych zdjęć do skanowania, celem zarchiwizowania. O północy rozpoczynam, od wielkiego ręcznego prania, strategiczne sprzątanie. Wykorzystuję pozyskaną wodę do mycia okien, balkonu, tarasu, podłóg, biurek, żyrandoli, szaf, szafek… Pracuję dobę bez wypoczynku, noc i dzień mija jak sen. Skończyłam, uff. Następnie przez cały tydzień przeprowadzam remanent w szafach, szufladach i gdzie się da. Cyklami dobowymi, nie ma czasu spać, chodzę na niepogrubianych rzęsach. Przeglądam dobytek z wielką starannością i z głową, bo chcę się podzielić. Moje pokolenie dostało w posagu puchowe poduchy i kołdry, wełniane koce, kapy, pościel adamaszkową, atłasową, obrusy haftowane, bieżniki, ściereczki lniane, wyborne ręczniki. Od przybytku boli głowa, nie pomoże tabletka. Co najdziwniejsze, po śmierci cała ta oranżeria nikomu nie będzie potrzebna. Teraz młodzi żyją tylko dzisiaj, jednorazowo, tymczasowo. A że wszystko, co robię – lubię robić – robię z pasją. Brak snu, słońca, ludzi, uroków jesieni, skoki ciśnienia (lekko trwożą) nie grają większej roli.

Łamię żelazną zasadę: jestem oświeconym wrogiem telewizji; włączam kanał TVP Kultura, który odbieram od września. Telewizor „chodzi” dzień i noc (z kilkugodzinną przerwą na sen, co druga noc). Lecą te same reklamy, te same postacie prowadzące, te same filmy, minimum dwa razy na dobę, powtórka następnego dnia (zgrzeszyłabym, gdybym nie nadmieniła, że zdarzają się rzeczy arcyciekawe). Ogólnie popkultura, kicz, tandeta, bazar. Nie podobają mi się hale, hangary, przaśne stoły, zydelki, plastikowe ogrodowe krzesła, miks kolorów, wygłupianie się. Postmodernizm w całej brzydocie i niecnocie. Programowy nieprofesjonalizm. Liberalizm kulturowy.

Po drugiej stronie papierowe miesięczniki, kwartalniki, pisarze „starego obrządku”, ostatni mohikanie w radiowych i telewizyjnych programach, z endoprotezą, zaćmą, bajpasami mówią ostatnie zdanie