Duże kęsy

Pracuję bez odpoczynku, cyklami dwu dobowymi, dzień i noc bez przerwy. Przy czerwonym laptopie marki Dell ze srebrną klawiaturą. Tracę zdrowie, rwą się znajomości, omija  lato, parnota, duchota, doklejane pazury, łatane rzęsy. Gryzę duże kęsy, samo mięso. Nie jestem ważna dla bliskich. Nie mam nic do stracenia. Ponoszę koszty. Z  braku, z głodu, z osamotnienia  czerpakiem wybieram grube sztuki. To trzeba przeżyć,  zobaczyć jak zakrzywiony haczyk się rozcapierzył. Oczy, skóra, mięśnie, kręgosłup źle znoszą jadłospis. Wczoraj po maratonie przed ekranem fruwały, trzepotały po twarzy muszki, komary, czułam wiaterek. Potrzebuję potem spać kilkanaście godzin, żeby wrócić do grzebienia, lusterka, fajerki, do przyjaciół, którzy nie zadzwonią.  Mało dostaję, dużo biorę.  Skrajnie zmęczona dokumentuję boskie pochodzenie; uruchamiają się rezerwy, schody awaryjne, systemy alarmowe, dzwony. Poza granicą pulsuje drugie życie, ignorujące siły natury.  Iluminacje, grzeszne rozkosze jasnowidzenia, umysłu nasycenie . Noble, Oskary i stosy. Dosyć! Czerwony szlafrok rzucam na szafot.  Dobranoc kosiarkom ochrypłym, przecinakom, ramiakom, pilarkom