Szczypta soli

Nie muszę być tytanem, nie muszę być genialna,  kochana ani podziwiana. Lubię biedować, harować, cierpieć.  Życie ma smak Ewangelii. Wszystko mi się podoba. Co robić muszę, to robić chcę. Wybrana wybieram. Nie zawsze szczęśliwie. Drogi krzywe da się kochać mimo fochów i przywar – wrzątek w imbryku łapać za nogi.  Z każdego doświadczenia biorę szczyptę soli. Zbawia zardzewiały zawias, lichota, z włosia szczota.  Ciekawa słów, pojęć, ludzkich i Boskich kolein, jak pracuje  frezarka, suwmiarka,  co to jest szajbka, dybel, pohybel.  Im głębszy sagan z mamałygą tym bogatszy stragan.  Zero braku, wynaturzeń.  Za każdym razem inny akord. Dyskretna matematyka, inżynieria, inteligencji maszyneria. Widzę co innego kiedy patrzę przez wycior do butelek, a kiedy leżę w pościeli z niedźwiedzia.  Porządkować, systematyzować, precyzować wymykające się  chimery, spojlery, szmaty mięsiste. Spontanicznie, z  jednym okiem na Maroko, drugim na Kaukaz. Kiedy krowa ogonem strąci wianek zabiorę jej zaręczynowy pierścionek. W każdej formie swobodnie pod baldachem szaleju bielić liszaje. Przekraczać granice z węzełkiem komicznym. Powrócić do racic, do kalenicy, do niespełnienia, nienasycenia, nieistnienia o zamszowych ślepiach.  Nie smętnie, a chętnie podarować ducha Temu, który był dał  jabłko na drzewie, nóż w chlebie, łyczek piołunu do spożycia, w kłosie ziaren dziewięćdziesiąt dziewięć